piątek, 28 grudnia 2012

Nie szukaj autorytetów - bądź nim!

Święta minęły w spokojnej atmosferze. Obyło się bez kłótni i nieporozumień. Spędziliśmy ze sobą wspólnie trzy dni, aby na nowo naładować akumulatory. Mimo wszystko to był dobry czas. Poważnie.

Lubię zaszyć się u mojej D. na godzinę, dwie... ewentualnie pięć! Kocham te nasze rozmowy o wszystkim i o niczym. Uwielbiam wspominać z Tobą wspólne wakacje i planowanie już następnych. Lubię też z Tobą rozmawiać tak na poważnie, omawiając nasze problemy. Przy Tobie wszystko wydaje się takie proste...
Z całego mojego serca życzę Tobie, abyś dostała się na wymarzone studia i wyjechała do Olsztyna. Chociaż wiem, że będę tęsknić za Tobą najmocniej na świecie, to wiem że tam właśnie będziesz szczęśliwa. A ja przecież nie raz Ciebie odwiedzę!

Już nie mogę doczekać się Sylwestra spędzonego w towarzystwie mojej klasy i właśnie mojej D. Będzie nieziemsko i już szykujemy nasze przebrania na tę niezapomnianą noc!

Zastanawiam się gdzie zgubiłam swoją pewność siebie. Z jednej strony myślę, że w końcu mogę być szczęśliwa. Że wszystko może się ułożyć, że przecież od dawna chciałam być w związku i teraz nadarza się ku temu okazja. Nie przeszkadza mi, ze jestem o rok starsza od niego, w ogóle na to nie patrzę.
Ale. Jak zwykle musi znaleźć się jakieś ale. Wiem, że on chce angażować się na długie lata, że nie satysfakcjonują go związki na parę miesięcy. A ja? A ja nie jestem pewna, czy aby na pewno to jest to. Czy aby na 100% jestem pewna, że właśnie w tym momencie chce się z kimś wiązać.
Przecież jeszcze niedawno tak bardzo mocno chciałam być kogoś. Chciałam, żeby ktoś się o mnie troszczył i przytulił wtedy kiedy będę tego potrzebować.
A teraz, kiedy mam możliwość aby to spełnić to zwyczajnie uciekam. Nie wiem, nie wiem czego chce. Nie wiem co mam robić.
Boję się go ranić, już raz to zrobiłam. Ale też nie chcę tracić tej wieloletniej przyjaźni, bo teraz mam jakieś widzimisię. Chciałabym, aby to wszystko było takie proste, abym nie musiała wybierać.
Chciałabym uciec gdzieś daleko i przeczekać ten czas. Od tak, po prostu.

niedziela, 23 grudnia 2012

It's Christmas time



Już jutro Wigilia. Zapewne wyczekiwana przez wszystkich. W końcu będzie można usiąść w rodzinnym gronie, zajadać się pysznościami i po prostu spędzić razem czas.
Nastało to upragnione wolne, ten czas który możemy poświęcić na przyjemności. Chciałoby się rzec: Chwilo.. trwaj!

Od piątku w moim domu panuje ta tradycyjna i specyficzna przedświąteczna atmosfera. Mama od rana do wieczora krząta się w kuchni przygotowując co chwile jakieś specjalne smakołyki. Oczywiście mam w tym swój mały udział i pomagam jak tylko mogę. Mimo corocznej, świątecznej choroby.

Tak swoją drogą, to ten czas powinien być dla mnie radosny. Mimo miliona obowiązków na tak zwane po świętach mam swoje upragnione wolne. Powinnam wypoczywać i najważniejsze - wykurować się.
Ale jednak. Coś zaprząta moją głowę.
Wspomnienia. Dzielą się na te dobre i na te, których nie chcielibyśmy pamiętać. Zazwyczaj jest tak, że te pierwsze szybko ulatują nam z głowy a pozostajemy z tymi mniej miłymi.
Jak dziś pamiętam, jak w zeszłym roku o tej porze roku powoli zaczynałam znajomość z pewnym panem. Pamiętam nasze wielogodzinne rozmowy, które zazwyczaj trwały do późnych godzin nocnych. Planowanie imprez, wspólne spotkania. Potem byliśmy już parą, aby za chwile wszystko miało się rozpaść.
Staram się o tym nie myśleć, staram się to wywalić z głowy. Ale jak na złość, wszystko wraca.

Ale! Udało mi się jedno. W końcu się odważyłam i napisałam do mojego przyjaciela. Nie odzywałam się do niego przez dwa miesiące. Z własnej głupoty. Po prostu, przestraszyłam się sytuacji i stwierdziłam, że najlepszym wyjściem będzie brak kontaktu. To była najgłupsza rzecz jaka mi w życiu wpadła do głowy! Nie przypuszczałam, że można tak bardzo za kimś tęsknić!
W sumie śmieszna sytuacja, po prostu przyśnił mi się i stwierdziłam, że to znak! Najwyższa pora się odezwać.
Mogę być z siebie dumna, udało mi się. To znaczy - mam taką nadzieję. Od wczoraj rozmawiamy ze sobą non stop. Jak za starych dobrych czasów.
Dziś nawet, mimo choroby i ogólnej złej pogody, spotkaliśmy się. Nie mogliśmy długo cieszyć się swoim towarzystwem, ale zawsze to była chwila spędzona razem. Cieszę się, że wszystko wraca na dobry tor!

Życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt, spędzonych w rodzinnym gronie, mnóstwa prezentów pod choinką oraz aby Nowy Rok okazał się jeszcze lepszym od tego!

wtorek, 11 grudnia 2012

Without you I just can’t find my way

Błagam zabierzcie mi internet! Nie jestem w stanie skupić się na cholernej konturówce z geografii, ponieważ co chwilę loguję się na facebooka czy przeglądam nowości na kwejku.
Brak mi samodyscypliny!

Dni mijają mi powoli. Czas na lekcjach płynie wolno, w domu też za bardzo się nie śpieszy. Długie, zimne wieczory ciągną się niesamowicie a mi i tak brak czasu na jakieś przyjemności.
Non stop siedzę w książkach i próbuję jakoś pogodzić masę niepotrzebnych przedmiotów w trzeciej klasie liceum. A w sumie to już w czwartej. Nieważne!

Zastanawiam się po co do szczęścia mi wiadomość w którym miejscu na ziemi są złoża ropy naftowej a w którym węgla kamiennego. Geografio - nie lubię Ciebie!

Do tego wszystkiego na dworze jest przeraźliwie zimno, przez cały dzień sypie śnieg a moje dłonie nie są w stanie utrzymać normalnej temperatury. Wydaje mi się, że w moich rączkach temperatura spada poniżej zera.

Jak dobrze, że zostało już tylko półtorej tygodnia do długiej przerwy świątecznej. Nie mogę się doczekać chociaż paru dni, gdzie nie będę musiała wstawać o 5:30 i biec na autobus. Marzy mi się chwila spokoju!

A teraz uciekam do mapek, mam nadzieję, że szybko się z tym uporam!

niedziela, 9 grudnia 2012

Najbardziej kochamy to, co zdobyliśmy z największym trudem

Weekend minął szybciej niż mogłabym się tego spodziewać. Przecież dosłownie chwilę temu wychodziłam w piątek ze szkoły, a teraz mamy już niedzielę wieczór!

Zdecydowanie przydałby mi się jeszcze jeden dzień na odpoczynek. Sobota minęła mi pod znakiem świętowania urodzin koleżanki, dlatego nawet teraz jestem jeszcze trochę nieprzytomna.

Swoją drogą sobotni poranek przywitał mnie lekkim mrozem i opadami śniegu. Z godzinę na godzinę śnieg sypał coraz gęściej i gęściej.
Jak już przyszykowałam się na imprezę i wyszłam z domu to okazało się, że na dworze przywitała mnie biała ściana śniegu. Tak gęstych i dużych płatków nie widziałam dawno!
Cała podróż do domu jubilatki zajęła mi jakieś półtorej godziny. Aż nie chce mi się wierzyć, że mieszkamy w tym samym mieście!
Razem z paroma znajomymi byliśmy pierwszymi gośćmi. Przywitaliśmy się i szybko udaliśmy na kanapy aby ogrzać nasze zmarznięte organizmy. Cytrynówka nam w tym pomogła i w wesołej atmosferze czekaliśmy na wszystkich gości.
Z chwili na chwilę ludzi przybywało i robiło się coraz weselej. Aparat poszedł w ruch i aż boję się przejrzeć to co powstało wczoraj pod wpływem chwili!
Przed północą musieliśmy opuścić mieszkanie jubilatki, ponieważ jej rodzice wracali do domu. W wesołych humorach udaliśmy się do klubu, gdzie bawiliśmy się do 4 rano.

Małe komplikacje nastąpiły przy powrocie do domu, ale na szczęście wszystko się udało i o godzinie piątek wkładałam już klucze do zamka.
Zameldowałam się rodzicom, że już wróciłam. Przez chwilę rozważałam nawet pomysł, aby się nie kłaść, bo inaczej prześpię cały dzień. Ale jednak zmęczenie i alkohol wzięły za wygraną.
Obudziłam się jakoś około 13 i od tamtej pory z łóżka wyszłam tylko parę razy. Stwierdziłam, że najlepiej będzie jak zrobię sobie dzień wolny od myślenia i spędzałam godziny na leżeniu i oglądaniu seriali.

Teraz się zastanawiam czy aby nie poczytać sobie trochę książki od biologii, bo we wtorek mamy potężny sprawdzian, a ja nawet nie zajrzałam do tematów.
Chociaż znając mnie i mój dzisiejszy stosunek do prac umysłowych pozostanę jeszcze przy oglądaniu seriali.

Padający śnieg nastroił mnie pozytywnie do nadchodzących świąt. I chociaż wiem, że będą one niezwykle pracowite ze względu na usty egzamin językowy i nadrabianie zaległości z chemii to zupełnie się tym nie przejmuję.
I chociaż ta cała otoczka świąt w pewnych momentach jest przesadzona, to czy jest coś piękniejszego od sypiącego śniegu i widoku kolorowych migających lampek?

wtorek, 4 grudnia 2012

Smutne nie trwa wiecznie, gdy zmierza ku temu, czego zawsze pragnęliśmy.

Jak dobrze, że to wszystko już za mną. Teraz tylko w styczniu ustna część i raz na zawsze mogę pożegnać się z takim stresem związanym z językiem niemieckim. Nigdy więcej, dziękuję!

A dzisiaj zima zaskoczyła kierowców, dziękuję że wszystkie środki lokomocji miejskiej uciekały mi z przed nosa. Ale nie dałam się, zdążyłam na egzamin a i w drodze powrotnej nie czekałam jakoś długo. No dobra, 10 minut na przystanku bez czapki to była katorga. Ale od jutra chyba wyjmuję z szafy wszystkie zapomniane ciepłe okrycia i nie dam się mrozowi, o nie!

Cały czas zastanawiam się jakim cudem jeszcze jestem w stanie przeżyć w tej szkole. Mój brak jakiegokolwiek dyscypliny wewnętrznej jest przerażający. Miałam dwa tygodnie na napisanie pracy zaliczeniowej na wf (taak, na wf) i oczywiście zabrałam się za to dopiero dzisiaj. Na szczęście wszystko już wysłałam i mogę oczekiwać swojej piąteczki!
Do tego mam całą masę zapowiedzianych sprawdzianów, do których oczywiście nie jestem przygotowana i zapewne już nie będę.

Oh, jak dobrze jest mieć kogoś kto bez żadnego powodu napisze do Ciebie 'Słoneczko' czy przytuli Ciebie bez bliżej określonego celu. Dobrze jest czasem z kimś się powygłupiać i pośmiać, jak i porozmawiać na poważnie.
Ludzi można kochać na różne sposoby. Dlatego ja kocham swoich przyjaciół, tak jak najbardziej tylko mogę. Bez nich nasze życie nie byłoby takie kolorowe jak jest teraz.
Ale zarazem szkoda, że czasem też tracimy te najważniejsze osoby przez jedno złe słowo, przez jeden zły gest. A najłatwiej jest w taki sposób stracić przyjaciela relacji damsko-męskiej. To najcięższa odmiana przyjaźni jaką idzie nam utrzymać. Mi się nie udało. Może jeszcze kiedyś wrócimy do tego co było kiedyś, ale jak na razie - nie zanosi się na to.

Uśmiech jest jak słońce, które spędza chłód z ludzkiej twarzy

Dlaczego nigdy nie potrafię spiąć się w sobie i rozłożyć całego materiału na parę dni? Dlatego teraz siedzę nad książkami i mam nadzieję, że do jutra opanuję całą gramatykę, potrzebne zwroty i przypomnę sobie jak opisuje się diagramy po niemiecku. Swoją drogą, muszę sobie przypomnieć rodzaje diagramów!
Wiedziałam, żeby zabrać się za to wcześniej. Ale po co?
Przecież w weekend tak wspaniale mi się odpoczywało, wygrzewało się pod ciepłą kołderką do południa i w ogóle nie spoglądało w stronę książek. A teraz mam za swoje - jak zwykle.

Chyba powoli dopada mnie stres związany z moim jutrzejszym egzaminem.
Ale podobno co będzie to będzie - najwyżej poprawię za rok. A co!

Wiedziałam, że dzisiaj na próbie zaczną się schody. Nie dość, że mój partner od poloneza w ogóle na nią nie dotarł to ja czułam się jakbym rozmawiała z kosmitami. W ogóle nie ogarniałam co, gdzie i kiedy. A podobno to taki prosty taniec! Swoją drogą dobrze, że nie zgłosiłam się do tańczenia walca. To by była dopiero parodia!

A tak poza tym wszystkim to dzień w szkole minął całkiem szybko i sympatycznie. Nim się obejrzałam dzwonił już ostatni dzwonek a ja mogłam udać się z nieukrywaną radością na dworzec.
W domu byłam wyjątkowo szybko i zamiast od razu zabrać się za niemiecki odpaliłam sobie milion seriali i rozpoczęłam tak zwane odmóżdżanie.

Na święta chyba będę musiała sobie odciąć internet a komputer schować do szafy żeby w końcu zabrać się za to co najważniejsze. Chemia, biologia i prezentacja na drugą część egzaminu same się nie zrobią.

Chyba zaraz udam się w stronę łóżka, niczego więcej już nie jestem w stanie się nauczyć.

Oby jutro było dobrze!

sobota, 1 grudnia 2012

Kto chce realizować swoje marzenia, musi się obudzić

Ostatnio postanowiłam, że nie będę narzekać. Że będzie cieszyła się z tego co mam i co mnie spotyka. Ciekawe na jak długo wystarczy mi zapału do tego wszystkiego.

Błogosławię tego, który wymyślił przenośne komputery. Serio! Jak dobrze jest siedzieć sobie pod ciepłą kołderką i móc jednocześnie korzystać z dobrodziejstw internetu!

Te szkolne dni minęły mi zdecydowanie szybko. Nim się obejrzałam, z poniedziałku zrobiła się środa, a ze środy piątek po południu. Zaliczyłam parę sprawdzianów albo i nie, pokłóciłam się trochę z nauczycielami i często pełniłam tylko funkcję dekoracyjną na lekcjach, tak jak dzisiaj na wosie.

Tak jak się spodziewałam matury z matematyki nie zaliczyłam. Trudno, podobno mam się tym nie przejmować tylko wziąć się do roboty i porządnie przygotować się do kolejnej próbnej, która już w styczniu.
Za to z biologii uzyskałam całe 48%, co jest trochę mało satysfakcjonujące ale patrząc, że pierwszy raz widziałam na oczy arkusz maturalny i dopiero od września a raczej października przygotowuję się do tej matury, to tragedii nie ma. To znaczy, tak sobie tłumaczę! Zobaczymy co będzie dalej.
Polski i niemiecki dalej nie sprawdzone, ale też nie liczę na jakieś wybitne wyniki..

Przygotowania do studniówki ruszyły w jakimś tam kierunku. W poniedziałek byliśmy na spotkaniu organizacyjnym w hotelu gdzie ma się ona odbyć. Pochodziliśmy po salach, ustaliliśmy gdzie polonez, gdzie zdjęcia i całą masę bardziej lub mniej ważnych rzeczy. Spotkanie trwało jakieś 30 minut i równie dobrze wszystko można było omówić przez telefon, ale skoro woleli ciągać nas taki kawał to już ich sprawa.

A jeśli chodzi o poloneza to zaczęliśmy już próby. Jak na razie wszystko jest śmiechu warte. Plus pozdrawiam siebie w pierwszej parze zwłaszcza wtedy kiedy nie ogarniam co do mnie ludzie mówią. Biedny mój partner, musiał myśleć za nas oboje, haha! Ale pod koniec już świetnie sobie radziliśmy i jako tako dwie najprostsze figury nam wszystkim wyszły. Schody zaczną się pewnie w poniedziałek kiedy dojdą koła i inne różne tego typu rzeczy. Ale przynajmniej będzie się z czego pośmiać!

We wtorek dzień prawdy, zobaczymy czy 10 lat nauki niemieckiego na coś się w ogóle przydały. Kolejny, zaraz po prawie jeździe i majowej maturze, ważny egzamin w moim życiu. A tak naprawdę, to wszystko zależy od tematu rozprawki, który wymyślili sobie jacyś cwani niemieccy uczeni, ot co!

Swoją drogą to nie wiem czy iść spać, czy obejrzeć jakiś serial czy może poczytać książkę? Nie ma to jak spędzać andrzejki samej w łóżku z laptopem na kolanach. Ale w sumie.. Odpoczynek też mi się należy i muszę zbierać siły na kolejny weekend gdzie zapowiada się świętowanie urodzin z moimi dziewczynami z klasy co równa się naprawdę z imprezowaniem przez duże I. Także dziś wypoczywam, aby następny weekend wybawić się za wszystkie czasy.

Chyba dlatego pójdę już spać. Może w końcu się wyśpię!

wtorek, 27 listopada 2012

You, have pointed out my flaws again



Kiedyś chciałabym być czyjaś, tak po prostu.


środa, 21 listopada 2012

Człowiek potrzebuje człowieka, żeby być człowiekiem

Pierwsza próbna matura za mną. Oh, jaka szkoda, że nie mam w zwyczaju czytać lektur, serio!
"Zbrodnia i kara" oraz "Lalka" jakoś specjalnie nie przypadły mi do gustu (no ciekawe czemu?!) i moje wypracowanie polegało na analizie i interpretacji wierszy Tuwima. Lekko nie było, ale jako tako zadowolona ze swojej pracy jestem. Mam nadzieję, że wszystko dobrze zapisałam i jakieś punkty z tego będą.
Co do czytania ze zrozumieniem. Sam tekst bardzo fajny, dobrze się go czytało. Aż do czasu przeczytania pierwszych pytań. Chociaż najgorzej nie było, udało mi się wybrnąć ze wszystkiego, mam nadzieję, że na całkiem przyzwoitym poziomie.

A jutro matematyka - śmiechu warte to wszystko będzie, tak czuję.
Chyba nie jestem gotowa, aby pisać maturę, ale pocieszam się że mam już cały materiał przerobiony i może coś mi tam zaświta kiedy będzie taka potrzeba.

Do tego wszystkiego cały czas siedzę nosem w książce od biologii i cały czas wierzę, że do piątku opanuję cały materiał. Ogólnie to też będzie parodia, tak mi się wydaje.
Ale niczym się nie przejmuję, przecież to tylko próbne. Zresztą nigdy nie będę wiedziała wszystkiego, więc nic straconego.

Jedyne czego się w ogóle nie boję i wiem, że dobrze mi pójdzie to czwartkowy niemiecki. Specjalnie wzięłam sobie podstawę, aby się nie stresować i napisać to na lajcie. Pierwszy raz wierzę, że niemiecki może pójść mi dobrze! ;-)


Odchodząc od maturalnych tematów, to cieszę się bardzo gdy wszystko się wyjaśnia. Pierwszy raz nie musiałam się o nic prosić, zostałam przeproszona i w końcu wiem, że razem przetrwamy wszystko. Zapewne będziemy się jeszcze nie raz kłócić, bo tak to już bywa ale jeśli razem stawimy czoła naszym słabością to nasza przyjaźń będzie jeszcze trwać latami!


niedziela, 18 listopada 2012

Nadszedł czas na budowanie nowej rzeczywistości

To miał być zwykły wypad do kina. Miałyśmy się zobaczyć, obejrzeć film i wspólnie się pośmiać. Na właśnie miałyśmy.

Ludzie się zmieniają, zaczynam dostrzegać ich w innym świetle, w nowej rzeczywistości. Jak to się dzieje, że osoba którą kochasz całym sercem nagle staje się dla Ciebie taka obca i inna? Przecież jeszcze niedawno mogłyśmy ze sobą robić wszystko, o każdej porze dnia.
Nie straszne nam było podróżowanie na drugi koniec Polski z bagażami większymi od nas aby dotrzeć na obóz, wspólne spędzanie czasu dawało nam tyle radości, zawsze byłyśmy dla siebie oparciem.
A teraz? Teraz okazuje się, że są ważniejsze priorytety niż przyjaźń, którą budowałyśmy we trójkę od 5 lat.

To straszne kiedy dowiaduję się, że kolejna ważna osoba w moim życiu wybiera ponad wszystko uczenie się i użalanie nad sobą jak to ona nie ma ciężko. W zeszłym roku była matura, teraz kolokwia. Dobrze, jestem w stanie zrozumieć naprawdę wiele jeśli chodzi o czas poświęcony nauce. Tylko dlaczego moje problemy są w tym momencie negowane, bo 'ja mam ciężej niż Ty, zobaczysz jak pójdziesz na studia!'. Ile mam znosić takie gadanie?
Ale czym ja się przejmuję? Przecież nam nie wolno narzekać, bo ona ma gorzej, bo ona ma ciężej, bo to, bo tamto.

Kiedy chciałam z nią porozmawiać, to przekładała spotkania. Gdybym powiedziała, że dziś nie mogę wyjść z nimi - obraziłaby się.


Gdzieś tam kiedyś, chciałabym w końcu odnaleźć spokój..

czwartek, 15 listopada 2012

A niebo zostawmy im - Aniołom oraz wróblom

Środa, środa i po środzie. Szczerze się cieszę, że już jutro czwartek. Coraz bliżej wymarzony weekend, coraz bliżej odpoczynku!

Dzisiejsze skrócone lekcje wprawił mnie w dobry humor od początku dnia. Co za szczęście spędzać na każdym przedmiocie tylko po 35 minut i skończyć prawie o dwie godziny wcześniej. Raj jak się patrzy!
Na pierwszych godzinach usilnie próbowałam nauczyć się na sprawdzian z niemieckiego, ale jak to mi nic z tego nie wyszło. Mam nadzieję, że dwa będzie - w pełni zasłużone, w końcu świadomie olałam naukę na dziś.
Do tego wszystkiego cały dzień spędziłam na plotkowaniu i oglądaniu klasowego zdjęcia, które to otrzymaliśmy w końcu w swoje łapki.

Po powrocie do domu okazało się, że nie muszę nic na jutro przygotowywać (cud, cud, cud!) więc zajęłam się oglądaniem serialu, a potem wspaniałomyślnie stwierdziłam, że najwyższa pora sprzątnąć w pokoju. Także wszystkie półki, szafki i toaletka doczekały się starcia kurzu i poukładania rzeczy na nowo. Na koniec poodkurzałam jeszcze i mogłam delektować się pięknym porządkiem i ładem u siebie.

Jutro udaję się do szkoły dopiero na 10:05, więc jest jakaś minimalna szansa, że uda mi się wyspać. Poza tym po lekcjach wpada do mnie kolega z klasy, abym wytłumaczyła mu genetykę mendlowską. Zrobiłam to już tyle razy, że mogę z zamkniętymi oczami rozwiązywać te wszystkie krzyżówki.

Próbna matura z biologii jest już w przyszły piątek a ja z materiałem jestem daleko w polu. Nie mam przerobionych nawet 50% tego co powinnam! Jak na razie skupiam się tylko na tym co już robiłam, aby sobie powtórzyć i utrwalić. Jeszcze nie wiem jaki będzie tego skutek. Ogólnie jak czytam o tych wszystkich żyłach i aortach to automatycznie dostaję napadów śmiechu. Śmieszna reakcja obronna mojego organizmu - niestety, ale krew, żyły i inne tego typu rzeczy powodują u mnie nagłe osłabienie. Oh, matura to będzie katorga!

A teraz najwyższa pora udać się w stronę łóżka, może jeszcze uda mi się przeczytać parę stron książki, bo dawno już nie miałam niczego ciekawego w rękach!

poniedziałek, 12 listopada 2012

Ah, jak dobrze zażegnać studniówkowy kryzys. Idę z kolegą z klasy (nie z tym, który niby miał mnie zaprosić, ale z kimś z kim bym się w ogóle nie spodziewała!). Oddałam listę osób tańczących poloneza i miejsc zajmowanych przy stolikach. Siedzę z osobami z którymi chciałam, będę tańczyć poloneza.. i czego chcieć więcej?! Mam nadzieję, że to będzie naprawdę udana noc, chociaż jeszcze tyle czasu do niej!
Nawet problem z sukienką (na którą dalej nie mam pomysłu!) nie wydaje się taki straszny ;-)

Dwie części (a w sumie to trzy, jeśli weźmiemy pod uwagę zeszłoroczny ustny) próbnego dsd sprawdzone. Jak na razie udało mi się napisać to wszystko na najwyższy stopień czyli C1. Jeszcze tylko rozprawka i próbny egzamin uznam za skończony. Takim sposobem został nam niecały miesiąc do oficjalnego egzaminu a ja pierwszy raz się tego nie obawiam i zastanawiam się czy by sobie nie zmienić deklaracji maturalnej na rozszerzony niemiecki. Ale to mam czas aby się nad tym jeszcze zastanowić!

Poza tym wszystkim to był chyba jeden z przyjemniejszych poniedziałków w tym roku szkolnym! Wstawało mi się nadzwyczaj dobrze a do tego wszystkiego okazało się, że nie ma ostatniej geografii. No żyć nie umierać!

A tak ogólnie to przespałabym cały czas jaki pozostał do świąt, bo wcale ale to wcale nie mam w przyszłym tygodniu próbnych matur.

czwartek, 8 listopada 2012

W końcu mogę trochę odetchnąć. Za mną już próbny egzamin językowy, teraz pozostaje mi czekać na jego wyniki. No i oczywiście za miesiąc piszemy już oficjalny. Jak na razie jestem w miarę dobrej myśli.
Słuchanie zaliczone na najwyższy poziom <dumny>. Czytanie ze zrozumieniem jeszcze nie sprawdzone, tak samo jak rozprawka.
Jeśli chodzi o rozprawkę - temat tragiczny. Czy globalizacja ma wpływ na formę rodziny? Trochę musiałam pomyśleć nad ogólnym tematem, diagramem i dodatkowym tekstem. Do tego jeszcze argumenty za i przeciw, moje zdanie i podsumowanie. Łącznie zajęło mi to trzy strony a4 i coś około sześciuset słów. Sama się zdziwiłam, że znam tyle po niemiecku. Ale widać, że stres i przypływ adrenaliny świetnie działają na mój mózg :)

Dlatego dzisiaj nie zrobiłam prawie nic. Jedynie powtórzyłam sobie wodorotlenki z chemii i z niecierpliwością czekam weekendu. Mam już dość tego tygodnia, nic mi się nie chce i jak zwykle chodzę niewyspana.
Zdecydowanie potrzebuję soboty i koniecznie muszę spotkać się z moimi dziewczynami. Brakuje mi kontaktu z ludźmi spoza szkoły. Koniecznie trzeba to zmienić!

Ogólnie to mam strasznie chaotyczne myśli, więc i ta notka za bardzo ładu i składu nie ma. Do tego wszystkiego rośnie mi ósemka i zdecydowanie nie podoba mi się to, że cholernie boli.

Chyba najwyższa pora wziąć się za siebie!

niedziela, 4 listopada 2012

Już tyle razy wchodziłam tutaj z zamiarem napisania czegoś sensownego. Jednak za każdym razem kończyło się to tak samo. Zrezygnowana klikałam w czerwony krzyżyk przeglądarki automatycznie kończąc swoje pisanie w tym miejscu.
Ale w końcu się zmobilizowałam (co jest małym sukcesem - okazało się, że jestem cholernie niekonsekwentna) i postanowiłam zmusić siebie do odrobiny kreatywności.

Po pierwsze długi weekend minął szybciej niż się zaczął. Oczywiście nie zrobiłam większości rzeczy, które sobie założyłam (tak, tu panicznie zaczynam się obawiać o swoją maturę) i teraz w niedzielę wieczór staram się wszystko nadrobić. Muszę jeszcze pouczyć się matematyki i napisać pracę na historię, którą miałam oddać przed długim weekendem. Życie! Przydałoby się jeszcze spojrzeć na parę tematów z tego przedmiotu, bo oczywiście nawet nie podeszłam do zaliczania zaległego sprawdzianu czy kartkówki czy co to tam było. WOS też się śmieje z półki i czeka na moje zainteresowanie. Ale jakoś nie jestem skłonna aby zająć się czymkolwiek z humanistycznych przedmiotów.
Chociaż dzisiaj nawet i moje przyrodnicze zajęcia mi nie idą. Jakoś nie mam w sobie samozaparcia aby nauczyć się o tym oddychaniu komórkowym czy zająć się dysocjacją. Nic mi się nie chce, już nie wiem co mam z tym zrobić!

Chyba w końcu mogę być dumna z P. Po 9 miesiącach, kiedy zostawił mnie, żeby tworzyć świetny związek z matematyką (taak, matematyka ważniejsza od dziewczyny!), w końcu usunął nasze wspólne zdjęcia z fejsa. Chyba musiał dojrzeć do niektórych decyzji. Swoją drogą szkoda, że nie był dojrzały wtedy kiedy zrywał ze mną. Bo nie wiem czy dojrzałym zachowaniem jest to co on prezentował. Gdy mijaliśmy się na korytarzach szkolnych udawał, że mnie nie widział, jakbym była powietrzem. Rozumiem, że nie byliśmy już parą, nikt nie kazał mu się rzucać mi na szyję i opowiadać jak mu minął dzień. Do dziś pamiętam, że przez przypadek stałam obok niego w kolejce w bufecie. Obrócił się, spojrzał na mnie i jak gdyby nigdy nic przeszedł obok mnie udając, że mnie nie ma. Wtedy to strasznie bolało, a ja jeszcze długo po zerwaniu nie mogłam się pogodzić z tym co zrobił, zwłaszcza że obiecał, że zawsze będzie przy mnie. Tak czy inaczej w tym momencie jest dla mnie zerem, a ja mam nadzieję, że już więcej go nie spotkam.

A jeśli już mogę sobie trochę ponarzekać.. Nie mam partnera na studniówkę, nie mam z kim tańczyć poloneza i boję się matury, koniec.

niedziela, 28 października 2012

Weekend, weekend i po weekendzie. Znowu przeleciał mi między palcami i jak zwykle nie udało zrobić nic co można by nazwać pożytecznym.

Oczywiście w piątek odpuściłam sobie WOS i takim sposobem sprawdzian zaliczać będę pewnie dopiero po długim weekendzie. Jakoś specjalnie nad tym faktem nie ubolewam, znając mnie i tak na drugi termin nie będę miała ochoty się uczyć.
Ogólnie jestem z siebie dumna, bo w piątek przeżyłam nawet dodatkową biologię. Chociaż nie dowiedziałam się na niej nic nowego. Ot, wszystko to co robiliśmy miałam już opracowane a poza tym pamiętałam jeszcze te rzeczy z gimnazjum. No ale może następnym razem będzie coś nowego, zresztą lepiej sobie utrwalać wiadomości, bo 22 listopada próbna matura.

Cały sobotni ranek chodziłam w skowronkach, bo wiedziałam, że czeka mnie bardzo wesoły wieczór. Wykąpana i w ogólnie nie pomalowana ruszyłam do N. już na 16:30 aby pomóc jej zrobić jedzenie i przyszykować się na wieczór. Jak tylko do niej dotarłam przywitali mnie jej rodzice i rozporządzili mi zadania. Później już wesoło gotowałyśmy i kroiłyśmy sobie w kuchni, aby o 18:00 zorientować się, że już powinni przychodzić goście a my dalej bez makijażu i w ogóle w roboczych strojach i fryzurach. Ale szybka pomoc koleżanki i udało nam się wygrać z czasem.
Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie, odkryłam nowe możliwości swojego organizmu (wybacz wątrobo!), okazałam dużo współczucia mojemu kumplowi i dzielnie opiekowałam się nim przez drugą część wieczoru.
Na szczęście wszyscy dotarli do domów bezpiecznie, oczywiście musiałam się upewnić wysyłając do każdego smsa o trzeciej a w sumie to o drugiej w nocy, bo w końcu była zmiana czasu.
Przez to szaleństwo z zegarkami mama myślała, że wróciłam dwie godziny wcześniej niż miałam, więc nie wyprowadzałam jej z błędu. Im człowiek mniej wie tym lepiej śpi!

Niedziela jak zwykle minęła mi za szybko, jedyne co zdążyłam zrobić to jakieś 5 zadań z ciągów, których i tak dalej nie rozumiem, spojrzeć na książkę od historii i pomyśleć 'jutro rano w autobusie'. Na nic więcej nie miałam ani siły ani chęci.

Jedyne o czym marzę to sen i aby te trzy dni w szkole zleciały najszybciej jak się da. Mam tyle rzeczy do nadrobienia w te wolne cztery dni co będą, że w sumie nie wiem kiedy się z tym wszystkim wyrobię. Ale jak znajdę motywacje to i najgorsze zadania nie będą mi straszne.

A teraz uciekam pod ciepłą kołderkę poleżeć sobie i zastanowić się nad wszystkim co mnie ostatnio spotyka!

czwartek, 25 października 2012

Jak dobrze, że ten tydzień powoli dobiega już końca. W sumie najbardziej się cieszę, że kończy się tak zwany tydzień szkolny, bo weekend to mógłby trwać o wiele, wiele dłużej.

Jestem z siebie dumna, że udało mi się wstać o 5:30 (co z tego, że nie mogłam wyłączyć budzika - ah te telefony dotykowe! Dowiozłam swoje kości na 7:25 i rozpoczęłam dzień od zadanek z chemii. Nawet przyjemnie się je robiło, zwłaszcza kiedy rozumiałam temat.
Dwa niemieckie minęły pod znakiem 'do cholery, co ja robię w tej klasie?!' a na trzecim dostaliśmy kolejne rozprawki i udaliśmy się na zaległe zdjęcie klasowe, do naszych sąsiadów zza ściany.
WOS to była katorga dla mojego umysłu, na polskim oglądamy Chłopów (spać, spać, spać!) a na matematyce powtarzałam w kółko pytanie z niemieckiego a na dodatek odliczałam minuty do końca lekcji.
W drodze powrotnej złapał nas deszcz i trochę zmokłam, bo noszenie ze sobą parasolki jest niemodne. Albo raczej niewygodne. Nieważne. Po prostu jak zwykle nie miałam jej przy sobie.

Swoją drogą mam jutro sprawdzian, a przepraszam KARTKÓWKĘ z WOSu która obejmuje jakieś 70 stron w książce i zachodzi na jakieś 3 tematy. Love dwójkę, na serio!
Uczyć się jeszcze do tego nie zaczęłam, bo po co? Przecież mam czas, ja się wyrobię. I wcale teraz nie rozżalam się z kumplami z klasy, że nic nie umiemy, że jest strasznie, że nie zdamy i tak dalej. Ale po co się uczyć, lepiej ponarzekać. No nie dam rady się za to zabrać, ni cholerę.
Koniec z WOSem, od dzisiaj oficjalnie nie jesteśmy już znajomymi. Nie lubimy się i koniec!

A jutro czeka mnie jeszcze dodatkowa biologia, aż się palę żeby siedzieć na siódmej godzinie i myśleć o tych wszystkich śmiesznych tkankach. Poza tym to śmieszne, że zajęcia dodatkowe są tylko dla rozszerzenia, a Ci co piszą podstawę niech się martwią sami. Spoko, dzięki! Jutro tylko wyjątek, a tak do matury mamy zająć się sami sobą. Ah, kocham moją szkołę, już to dziś pisałam!

Chyba pójdę zająć się tym cholernym WOSem, albo nie! Ponarzekam sobie jeszcze trochę, może samo się nauczy!

wtorek, 23 października 2012

Nie mów żeg­naj, jeśli masz za­miar wrócić

Szczerze przyznam, sprawdzian z biologii poszedł mi wyśmienicie. Na tyle dobrze, że zdążyłam jeszcze rozwiązać drugi test dla koleżanki i przy okazji pomóc jeszcze trzeciej osobie. Tak nieskromnie powiem - pierwszy raz jestem zadowolona z tego co oddałam na kartce i nawet ani razu nie skorzystałam ze ściągi. Chyba popadnę w samozachwyt nad sobą z tego powodu.

Reszta lekcji minęła szybko i praktycznie bezboleśnie, zwłaszcza że zwolniłam się z dwóch polskich i w towarzystwie N. ruszyłyśmy na podbój galerii. Szybko obeszłyśmy parę sklepów, przymierzyłam dwie śliczne sukienki i zachwycałam się nad ich niską ceną. Jednak funduszy jak na razie nie posiadam żadnych, więc jedynie zostało mi cieszenie się ich widokiem na sklepowym wieszakiem. Odwiedziłyśmy jeszcze W. Kruka i Apart w poszukiwaniu prezentu na koniec roku dla wychowawcy. Cóż, propozycje są całkiem ciekawe, mam nadzieję, że uda nam się coś wybrać i w kwietniu nie będziemy musieli się tym tak bardzo przejmować.

W domu nie zrobiłam kompletnie nic, jak wróciłam tak leżałam, siedziałam i chodziłam po coś słodkiego. Nie mam siły na nic konkretnego, więc postanowiłam spędzić wtorek na egzystowaniu i teoretycznie odpoczywaniu.
Udało mi się nawet przeczytać parę stron książki, innej niż podręcznik szkolny!

Pomalowałam paznokcie, zaraz zjem kolację i pójdę się wykąpać. Następnie wyląduję w łóżku i w planach mam się wyspać. Pewnie i tak nic z tego nie wyjdzie - jak zwykle.

Jutro jedziemy na pogrzeb, pożegnać naszego kolegę ze szkoły.

Szczerze, to chyba nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy sami sobie odbierają życie. Wiadomo, jeśli odchodzi z tego świata jakaś osoba, którą znamy jest nam przykro. Ale jednak nie jestem w stanie tego pojąć. Niektórzy ludzie/dzieci nie mają takiego wyboru, umierają z powodu choroby czy nieszczęśliwego wypadku. Ale widocznie miało tak być.

Nobody said it is easy

Mój mózg zdecydowanie odmawia jakiejkolwiek współpracy. Nic a nic nie mogę zapamiętać z całej tej cholernej genetyki, a jutro o 7:25 dostanę do ręki test, który będę musiała rozwiązać i to na przyzwoitą ocenę. Czuję się, że jednym uchem mi wlatuje a drugim wylatuje. Chociaż to trochę niemożliwe skoro tylko patrzę się jak głupia na litery tworzące tekst a sama myślami jestem gdzieś daleko, daleko.
Jedyne co udało mi się dzisiaj powtórzyć to powłoki elektronowe z chemii, w końcu to zrozumiałam i mogę lecieć z materiałem sama, nie czekając na to co będzie działo się na zajęciach dodatkowych.
Muszę sobie zapełnić jakoś czas, no po prostu MUSZĘ! Inaczej będę biła się z myślami, z którymi bić się zamiaru nie mam.

Poniedziałek jak to poniedziałek nie mógł być przyjemny. Od tak, z samej definicji. Z samego rana spotkałam takiego przystojniaka w autobusie! Trochę poprawiło mi to humor, zwłaszcza że do napisania miałam dzisiaj 3 sprawdziany, a na żaden nie czułam się przygotowana w 100%. Jeśli w ogóle posiadałam wiedzę na marnego dopa to naprawdę było dobrze.
Na niemieckim powstrzymywałam się od zaśnięcia, zupełnie nie słuchając co mówi do mnie nauczycielka odliczałam minuty do dzwonka. Z wfu się zwolniłyśmy z nadzieją, że angielski i geografia wejdą nam do głów. Ale jak to zawsze w takich przypadkach bywa - więcej było rozmów i śmiechu niż treściwej nauki. Na matematyce unikałam wzroku nauczycielki jak ognia. Nie lubimy się z ciągami i chociaż robimy je już drugi raz dalej nie wiem co się z czym je a co się gdzie dodaje. Po matematyce był nieszczęsny angielski i na nim miałam zaliczać dwie rzeczy na raz. Ale z racji tego, że przekazanie władzy samorządowskiej się trochę przedłużyło to czasu starczyło tylko na jedną kartkówkę. Także słówka zaliczone - mam taką nadzieję! Znowu uniknęłyśmy historii i naprawdę wzięłyśmy się za naukę geografii. Co z tego, że kartkówka, która wyglądała jak sprawdzian była praktycznie z innych tematów. Napisałam wszystko, na pięć nie liczę ale całkiem przyzwoicie mi poszło!

Od powrotu do domu biję się z sobą i męczę aby zabrać się za biologię, ale zwyczajnie nie mam do tego siły i ochoty! Mam nadzieję, że moja ściąga jutro się przyda (i to mówi maturzystka z tego przedmiotu!) i da radę coś napisać. Zresztą nie takie rzeczy się już na biologii robiło, a moja zdolność zmyślania na różne tematy jest całkiem przyjemna!

A w sobotę kolejne spotkanie z okazji urodzin! Szkoda, że klasowo rozimprezowaliśmy się dopiero na sam koniec, ale jeszcze nic straconego! Moja kochana N. będzie miała niezapomniane 19te urodziny, my już o to zadbamy!

Szczerze to zastanawiam się czy nie położyć się już do łóżka i pod kołderką nie zacząć przyswajać na nowo tych samych wiadomości. Może tam będzie mi się lepiej uczyć i zapamiętam coś konkretnego.

poniedziałek, 22 października 2012

Gdzieś na szczycie góry wszyscy razem spotkamy się!

Zabieram się za napisanie tej notki chyba już 20 raz. Zdecydowanie nie mam do tego głowy, ani szczerze mówiąc - chęci.
Znowu gdzieś ulotniła się cała moja chęć do wszystkiego. I najważniejsze - motywacja też poszła sobie na jakiś dłuższy spacer. Zupełnie opuściło mnie jakieś poczucie obowiązku i realizacji założonych wcześniej planów.
Halo, koleżanko! Najwyższa pora się obudzić, inaczej będzie ciężko.

Cudem przeżyłam cały poprzedni tydzień, a już jutro zaczyna się nowy. W weekend ledwo co wypoczełam, głównie zajmowałam się sprzątaniem i robieniem milionów zadań z biologii, matmy i geografii. W sumie to w ogóle się zastanawiam czy cokolwiek z tego pamiętam. Ale cóż, życie!

Nie mam siły, aby od jutra znowu walczyć o oceny, o dotrwanie do wieczora i położenia się spać. Czuję, że popadam w jakąś jesienną depresję (dawno jej u mnie nie było, czemu by nie odświeżyć znajomości?!). Mimo, że weekend do dzisiejszego popołudnia był prześliczny, pogoda w końcu przypominała prawdziwą złotą polską jesień. Nawet to nie było w stanie poprawić mi humoru.

Nawet zapach świeczek i ulubiona muzyka nie przynoszą mi ukojenia. Zdecydowanie dzieje się ze mną źle, muszę jakoś nad tym zapanować.

Chyba najwyższa pora wziąć długą kąpiel, chwycić książkę i udać się do łóżka z kubkiem gorącej herbaty. Podobno to lek na wszystko. Mam nadzieję.

A dla S. [*]
kiedyś i tak wszyscy się spotkamy!

niedziela, 14 października 2012

Brak czasu nawet na myślenie!

Ostatni raz byłam tutaj we wtorek. Od tamtego dnia nie miałam czasu nawet na myślenie czy jakiś dłuży odpoczynek.

Okazało się, że w środę nie ma kartkówki z niemieckiego, więc dzień prawdopodobnie minął miło i sympatycznie. Niestety nie mam aż tak dobrej pamięci, jakby się mogło wydawać. Zapewne środowy wieczór spędziłam przygotowując się do sprawdzianu z niemieckiego, który miał się odbyć w czwartek.

Zawarta i gotowa zasiadłam w ławce, zaczęłam słuchać tekstu z tak zwanego 'słuchania ze zrozumieniem' po czym po 10 minutach dzwonek ogłaszający próbny alarm przeciwpożarowy! Nie mogliśmy uwierzyć, że spotkało nas to szczęście/nieszczęście - zwał jak zwał. W każdym razie sprawdzian odwołany i piszemy go w tym tygodniu.

Piątek byłby bardzo przyjemnym dniem od początku ale niestety dwa pierwsze polskie psują wszystkie statystyki. Znowu znajdywałam sobie twórcze zajęcia, a książka z opracowaniem to naprawdę zbawienna rzecz!
W sumie cały dzień nakręcałyśmy się na wieczorne świętowanie urodzin naszej koleżanki. Czyli teksty typu: 'co ubierasz?' 'co pijemy?' towarzyszyły nam przez cały dzień.

Wystrojona w kremową sukienkę udałam się najpierw na beforeparty, które były bardzo przyjemne i ogólnie udane. Następnie skierowaliśmy nasze kroki w stronę Sopotu, aby tam bawić się w klubie. Impreza tak nam się spodobała, że zostaliśmy aż do 3. O 3:40 wsiedliśmy w skmkę, która dowiozła nas do Gdańska. Stamtąd każdy udał się w swoją stronę. Dotarłam do domu o 4.30 i od razu poleciałam spać.

W sobotę wstałam o 10 aby szybko się ogarnąć i lecieć na autobus. Pojechałam z moimi dziewczynami do stajni. Ba, D. dała nam nawet pojeździć na swojej malutkiej, więc trochę udało mi się rozruszać mojego kaca. Pośmiałyśmy się razem, mnóstwo sobie poopowiadałyśmy i wróciłyśmy do domów.
Niestety resztę dnia przespałam, nie byłam w stanie nawet myśleć.

Dzisiaj udałam się z rodzicami na zakupy w poszukiwaniu butów i kurtki. Buty zakupiłam dokładnie takie jakie chciałam, ale kurtki nie znalazłam żadnej. Trudno, będę musiała szukać dalej, bo nie widzi mi się zamarzać na dworze.
Cała niedziela zleciała mi na matematyce (pozdrawiam maturę!) oraz na angielskim, którego swoją drogą dalej nie umiem. Będę pewnie liczyć jutro na szczęście.
Strasznie ubolewam, ponieważ nie udało mi się zajrzeć ani na minutę do biologii i chemii. Tragedia! Już od tygodnia nie zrobiłam nic w tym kierunku. Mam nadzieję, że w zbliżający się długi weekend uda mi się to wszystko ponadrabiać bo inaczej zginę marnie.

Jedyne o czym marzę to seeen, a jeszcze tyle przede mną!

wtorek, 9 października 2012

Kap, kap, kap - ciągle pada

Deszcz powoli staje się już nudny. No ileż można?!

Z racji tego, że mogłam sobie dzisiaj dłużej pospać, bo aż do 6:50 oczywiście spać nie mogłam. No bo po co się wyspać. Lepiej przewracać się z boku na bok, żeby o trzeciej zrezygnowana odwiedzić kuchnię i potem znowu kręcić się po łóżku. Ot tak, zabawa przednia!
Pominę tłok w autobusie i wredną starszą panią oraz trzy miliony innych osób które działały mi na nerwy.

Na matematyce znów bawiliśmy się w podstawówkę i stawianie podpisów przy pracy domowej.
Niemiecki mi się podobał, bo nie musiałam się odzywać, tylko zastosowałam stałą taktykę 'patrzę i udaję, że rozumiem' i to się sprawdza, serio!
Historia dostarczyła mi jak zwykle rozrywki, jedyny przedmiot gdzie zawsze się śmieje. Ale to chyba zasługa nauczycielki, która jest tak nierozgarnięta, że aż śmieszna.
Dwa polskie ciągnęły się w nieskończoność, ale dzięki temu miałam czas na sen, głębsze rozmyślania o życiu, udzielanie się artystycznie na końcu mojego i tak pustego zeszytu oraz ciągłe marudzenie mojej towarzyszce z ławki 'umrę tu' lub 'ja chcę do doooomu'. Po tych dwóch godzinach męczarni w podskokach udałyśmy się na autobusy ponieważ angielski nam odwołali (cud!).

W domu okazało się, że nie mam nic słodkiego i na samą wiadomość cukier spadł mi diametralnie. Do tego stopnia się tym przejęłam, że wylądowałam w łóżku. Miałam ochotę na co najmniej godzinny sen, ale jak poparzona wyleciałam spod kołderki gdy przypomniałam sobie o projekcie na geografie. Takim sposobem sen odłożyłam na później i zajęłam się słodkimi owieczkami na mój jakże 'ulubiony' zaraz po niemieckim przedmiot.

Później rodzicielka wyciągnęła mnie w ten największy deszcz na zakupy, ale oczywiście chęć zjedzenia czegoś słodkiego wygrała z rozsądnym siedzeniem w cieplusim pokoju. Poszwędałyśmy się po sklepie, wystałyśmy godziny w kolejce i wydałyśmy za dużo pieniędzy. Jak zwykle. W sumie dobrze, że poszłam z mamą, bo mogłam bez skrępowania gapić się na przystojnego kasjera, który zawsze się do mnie uśmiecha, o.

Swoją drogą na tych nudnych polskich przypominałam sobie każdego faceta z którym byłam, no ewentualnie nie byłam ale szalałam za nim jak głupia. Szkoda, że największą miłością jaką przeżyłam była platoniczna, bez żadnego ale to żadnego odwzajemnienia. Pierwszy facet, w którym zakochałam się po uszy, nie zwracał na mnie żadnej uwagi.. a później bał się zaangażować. Do teraz pamiętam te nieprzespane, przepłakane noce. Pamiętam jak się łudziłam, że może jednak, może zmieni zdanie. Gdy się okazało, że nic z tego nie będzie powoli stawałam się wrakiem. Ciągnęłam swoją nadzieję najdłużej jak się dało. Długo, ale to długo zbierałam się do kupy po tym wszystkim. Każdego faceta porównywałam do niego, wiadomo że blado przy nim wypadali.
A teraz to już się chyba wyleczyłam z jakichkolwiek uczuć. Do kogokolwiek. Nie wiem czy byłabym w stanie kogoś pokochać tak mocno jak jego. Chociaż.. nigdy nie mów nigdy, bo nie wiadomo co Cię spotka.
Chyba muszę znaleźć sobie ciekawsze zajęcie na polskich niż rozmyślanie nad sensem różnych rzeczy. Teraz mam mętlik w głowie. Świetnie!

Matematyczne odkrycia i studniówkowych problemów ciąg dalszy

Jak dobrze siedzieć w domu i mieć tą beztroską świadomość, że nie muszę przygotowywać na jutro się z żadnego przedmiotu. No oczywiście jeśli uznamy, że czytanie Ludzi Bezdomnych wcale nie jest moim obowiązkiem a streszczenie na jutro samo wejdzie mi do głowy. Tak, tak właśnie zróbmy. W takim razie błogo lenię się dalej. Ba! Mogę nawet patrzeć się ścianę przed sobą i czerpać z tego jakąś minimalną satysfakcję.
A jeśli jesteśmy już przy słowie minimum. Okazało się, że nie jest to uniwersalne słowo w każdym języku. Dziś, kiedy otrzymałam w swoje łapki rozprawkę, którą pisałam w zeszłym tygodniu (dostałam CZTERY, wielkie, czerwone CZTERY!!) najpierw zdziwiłam się, że cała zakreślona na czerwono kartka dalej kwalifikuje się pod taką dobrą ocenę. Następnie przejrzałam swoje błędy i takim sposobem dowiedziałam się, że minimum po niemiecku to nie minimum tylko jakieś śmieszne 'mindestens'. Tyle lat nauki, a ja tu nawet podstaw nie znam. Życie!

A jak już jesteśmy przy szkolę to pochwalę się, że ostatni sprawdzian z matematyki poszedł mi nadzwyczaj dobrze i do dziennika wpadła piękna czwóreczka. Okazało się, że jestem również bardzo aktywna (ku zdziwieniu pani profesor) i uzbierało mi się na piąteczkę z plusików.
Na tym akcencie można zakończyć wszystkie miłe szkolne sytuacje. Nie oszukujmy się - w końcu dzisiaj poniedziałek. Dlatego po wfie będę mieć ogromne zakwasy, a na geografii udawałam, że mnie nie ma.

Po lekcjach moja kochana D. zabrała mnie ze sobą do stajni. W końcu mogłam wycałować i wyprzytulać moje misiaki, które nabierają już zimowej sierści i zaczynają przypominać niedźwiedzie grizzly. W środę chyba znowu się wybiorę, w sobotę na 100% bo w końcu pierwszy raz od powrotu z obozu dosiądę końskiego grzbietu!

A studniówkowych problemów ciąg dalszy. Polonez dalej stoi pod znakiem zapytania. My chcemy swoje a inni swoje. I weź tu dogódź takiej ilości osób. Jednym słowem masakra, podziwiam, że komuś chce się za to zabierać. Chociaż w sumie.. żałuję, że to nie moja klasa. Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli chce się mieć coś dobrze zrobione to trzeba to zrobić samemu!
Do tego dochodzi problem z partnerem. Mój przyszły jest strasznie niezdecydowany do tego, czy mnie zapraszać czy nie. Chociaż trafił na twardą zawodniczkę, która usilnie wmawia mu, że ja jestem idealną partnerką dla niego, haha. Roszady prawie jak w podstawówce, ale może dzięki temu pójdziemy zgraną grupą i będziemy się świetnie bawić. Mam taką nadzieję, trzysta złoty za osobę zobowiązuje!
Dobra, jeśli uznamy, że sprawa z partnerem jakoś się załatwi to pozostaje jeszcze kwestia sukienki. Pomysłów mam miliony, projektów i zdjęć jeszcze więcej. Aż nie wiem na co się zdecydować. Z ramiączkami, czy bez? Z odkrytymi plecami czy może cała zabudowana? Z przodu krótsza z tyłu dłuższa, czy tylko jedna długość przed kolano? A może cała z koronki, czy tylko z elementami koronkowymi?
Moje dylematy zaczynają mnie śmieszyć, więc chyba najwyższa pora zakończyć ten temat. Kiedyś i tak do niego wrócę.

Jak to możliwe, żeby w laptopie popsuła mi się myszka? Nie ogarniam!

Najwyższa pora wskoczyć do ciepłej wanny i poleżeć sobie!

niedziela, 7 października 2012

Nowy początek

Początku są zawsze trudne. Ale najwyższa pora zacząć coś, osiąść gdzieś na stałe. Chyba potrzebuję takiego miejsca - znowu.

Październik na dobre zagościł już w naszych kalendarzach. Zresztą pogoda od trzech dni nieustannie nam o tym przypomina. Ciągły deszcz doprowadza mnie pomału do szaleństwa. Ogólnie to bardzo lubię taką pogodę - można posiedzieć sobie zawiniętej w koc z kubkiem gorącej herbaty, poczytać jakąś dobrą książkę ewentualnie obejrzeć jakiś film. Ale nie dziś, nie w ten weekend. Wszystko chyba polega na tym, że się nie wysypiam, że nie mam siły normalnie funkcjonować. Wstaję rano - jedyne o czym marzę to powrót pod ciepłą kołderkę, wracam ze szkoły - ląduję w łóżku. Aktualnie najchętniej całe życie bym przespała. Bo co niby bardziej ambitnego mam robić? Wychodzę z założenia, że matura sama się napisze, egzamin językowy sam się zda a ja nie muszę przykładać do tego najmniejszej wagi. 
Szkoda, że tak się nie stanie naprawdę. Nie mam już siły (a to dopiero październik!) walczyć z chemią (szkoda, że nie mam nawet jednej godziny w planie) i biologią. Do tego przecież w grudniu DSD i koniecznie muszę zabrać się za nadrabianie mojego 'ukochanego' niemieckiego. Bądź co bądź kiedyś go lubiłam... zanim poszłam do liceum, ot co. Muszę znaleźć jeszcze czas na przeczytanie Ludzi Bezdomnych (wcale nie mam tego zrobić na wtorek) i zrobić całą kartkę zadań z matmy. O i jeszcze matura z tego przedmiotu leży na drukarce i się do mnie uśmiecha. Potrzebuję lepszej organizacji czasu! Albo inaczej. Jakiegoś porządnego kopa energii, jakiejś zachęty abym miała siłę i chęci zabrać się za te stosy kartek, książek i zeszytów. 
Marzy mi się już maj, aby było po maturze. Żądam beztroskich dni, kiedy nie będę musiała się o nic martwić.

Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze studniówkowe dylematy i problemy (dlaczego niby nie mogę zatańczyć poloneza z osobą towarzyszącą?!). Do tego nurtujące mnie/nas pytanie 'zaprosi mnie czy nie?' Najlepiej by było jakby to wszystko szlag jasny trafił, wszystkie problemy rozwiązały by się same a ja miałabym to wszystko z głowy. Ale nie ma tak łatwo. Powoli zaczyna mnie to przerażać.

Zastanawiam się jak to wszystko będzie. Czy w końcu zdobędziesz się na odwagę i pokażesz, że zależy Tobie na mnie, czy dalej będziesz twierdził, że to nie to. Błagam zdecyduj się, bo ja nie wiem co robić. Uwielbiam jak się do mnie uśmiechasz, jak zagadasz, jak napiszesz na fejsie. Albo się zdecydujesz, albo daj spokój.

Chyba jednak najwyższa pora wrócić do tkanek i rozpuszczalności.