niedziela, 28 października 2012

Weekend, weekend i po weekendzie. Znowu przeleciał mi między palcami i jak zwykle nie udało zrobić nic co można by nazwać pożytecznym.

Oczywiście w piątek odpuściłam sobie WOS i takim sposobem sprawdzian zaliczać będę pewnie dopiero po długim weekendzie. Jakoś specjalnie nad tym faktem nie ubolewam, znając mnie i tak na drugi termin nie będę miała ochoty się uczyć.
Ogólnie jestem z siebie dumna, bo w piątek przeżyłam nawet dodatkową biologię. Chociaż nie dowiedziałam się na niej nic nowego. Ot, wszystko to co robiliśmy miałam już opracowane a poza tym pamiętałam jeszcze te rzeczy z gimnazjum. No ale może następnym razem będzie coś nowego, zresztą lepiej sobie utrwalać wiadomości, bo 22 listopada próbna matura.

Cały sobotni ranek chodziłam w skowronkach, bo wiedziałam, że czeka mnie bardzo wesoły wieczór. Wykąpana i w ogólnie nie pomalowana ruszyłam do N. już na 16:30 aby pomóc jej zrobić jedzenie i przyszykować się na wieczór. Jak tylko do niej dotarłam przywitali mnie jej rodzice i rozporządzili mi zadania. Później już wesoło gotowałyśmy i kroiłyśmy sobie w kuchni, aby o 18:00 zorientować się, że już powinni przychodzić goście a my dalej bez makijażu i w ogóle w roboczych strojach i fryzurach. Ale szybka pomoc koleżanki i udało nam się wygrać z czasem.
Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie, odkryłam nowe możliwości swojego organizmu (wybacz wątrobo!), okazałam dużo współczucia mojemu kumplowi i dzielnie opiekowałam się nim przez drugą część wieczoru.
Na szczęście wszyscy dotarli do domów bezpiecznie, oczywiście musiałam się upewnić wysyłając do każdego smsa o trzeciej a w sumie to o drugiej w nocy, bo w końcu była zmiana czasu.
Przez to szaleństwo z zegarkami mama myślała, że wróciłam dwie godziny wcześniej niż miałam, więc nie wyprowadzałam jej z błędu. Im człowiek mniej wie tym lepiej śpi!

Niedziela jak zwykle minęła mi za szybko, jedyne co zdążyłam zrobić to jakieś 5 zadań z ciągów, których i tak dalej nie rozumiem, spojrzeć na książkę od historii i pomyśleć 'jutro rano w autobusie'. Na nic więcej nie miałam ani siły ani chęci.

Jedyne o czym marzę to sen i aby te trzy dni w szkole zleciały najszybciej jak się da. Mam tyle rzeczy do nadrobienia w te wolne cztery dni co będą, że w sumie nie wiem kiedy się z tym wszystkim wyrobię. Ale jak znajdę motywacje to i najgorsze zadania nie będą mi straszne.

A teraz uciekam pod ciepłą kołderkę poleżeć sobie i zastanowić się nad wszystkim co mnie ostatnio spotyka!

czwartek, 25 października 2012

Jak dobrze, że ten tydzień powoli dobiega już końca. W sumie najbardziej się cieszę, że kończy się tak zwany tydzień szkolny, bo weekend to mógłby trwać o wiele, wiele dłużej.

Jestem z siebie dumna, że udało mi się wstać o 5:30 (co z tego, że nie mogłam wyłączyć budzika - ah te telefony dotykowe! Dowiozłam swoje kości na 7:25 i rozpoczęłam dzień od zadanek z chemii. Nawet przyjemnie się je robiło, zwłaszcza kiedy rozumiałam temat.
Dwa niemieckie minęły pod znakiem 'do cholery, co ja robię w tej klasie?!' a na trzecim dostaliśmy kolejne rozprawki i udaliśmy się na zaległe zdjęcie klasowe, do naszych sąsiadów zza ściany.
WOS to była katorga dla mojego umysłu, na polskim oglądamy Chłopów (spać, spać, spać!) a na matematyce powtarzałam w kółko pytanie z niemieckiego a na dodatek odliczałam minuty do końca lekcji.
W drodze powrotnej złapał nas deszcz i trochę zmokłam, bo noszenie ze sobą parasolki jest niemodne. Albo raczej niewygodne. Nieważne. Po prostu jak zwykle nie miałam jej przy sobie.

Swoją drogą mam jutro sprawdzian, a przepraszam KARTKÓWKĘ z WOSu która obejmuje jakieś 70 stron w książce i zachodzi na jakieś 3 tematy. Love dwójkę, na serio!
Uczyć się jeszcze do tego nie zaczęłam, bo po co? Przecież mam czas, ja się wyrobię. I wcale teraz nie rozżalam się z kumplami z klasy, że nic nie umiemy, że jest strasznie, że nie zdamy i tak dalej. Ale po co się uczyć, lepiej ponarzekać. No nie dam rady się za to zabrać, ni cholerę.
Koniec z WOSem, od dzisiaj oficjalnie nie jesteśmy już znajomymi. Nie lubimy się i koniec!

A jutro czeka mnie jeszcze dodatkowa biologia, aż się palę żeby siedzieć na siódmej godzinie i myśleć o tych wszystkich śmiesznych tkankach. Poza tym to śmieszne, że zajęcia dodatkowe są tylko dla rozszerzenia, a Ci co piszą podstawę niech się martwią sami. Spoko, dzięki! Jutro tylko wyjątek, a tak do matury mamy zająć się sami sobą. Ah, kocham moją szkołę, już to dziś pisałam!

Chyba pójdę zająć się tym cholernym WOSem, albo nie! Ponarzekam sobie jeszcze trochę, może samo się nauczy!

wtorek, 23 października 2012

Nie mów żeg­naj, jeśli masz za­miar wrócić

Szczerze przyznam, sprawdzian z biologii poszedł mi wyśmienicie. Na tyle dobrze, że zdążyłam jeszcze rozwiązać drugi test dla koleżanki i przy okazji pomóc jeszcze trzeciej osobie. Tak nieskromnie powiem - pierwszy raz jestem zadowolona z tego co oddałam na kartce i nawet ani razu nie skorzystałam ze ściągi. Chyba popadnę w samozachwyt nad sobą z tego powodu.

Reszta lekcji minęła szybko i praktycznie bezboleśnie, zwłaszcza że zwolniłam się z dwóch polskich i w towarzystwie N. ruszyłyśmy na podbój galerii. Szybko obeszłyśmy parę sklepów, przymierzyłam dwie śliczne sukienki i zachwycałam się nad ich niską ceną. Jednak funduszy jak na razie nie posiadam żadnych, więc jedynie zostało mi cieszenie się ich widokiem na sklepowym wieszakiem. Odwiedziłyśmy jeszcze W. Kruka i Apart w poszukiwaniu prezentu na koniec roku dla wychowawcy. Cóż, propozycje są całkiem ciekawe, mam nadzieję, że uda nam się coś wybrać i w kwietniu nie będziemy musieli się tym tak bardzo przejmować.

W domu nie zrobiłam kompletnie nic, jak wróciłam tak leżałam, siedziałam i chodziłam po coś słodkiego. Nie mam siły na nic konkretnego, więc postanowiłam spędzić wtorek na egzystowaniu i teoretycznie odpoczywaniu.
Udało mi się nawet przeczytać parę stron książki, innej niż podręcznik szkolny!

Pomalowałam paznokcie, zaraz zjem kolację i pójdę się wykąpać. Następnie wyląduję w łóżku i w planach mam się wyspać. Pewnie i tak nic z tego nie wyjdzie - jak zwykle.

Jutro jedziemy na pogrzeb, pożegnać naszego kolegę ze szkoły.

Szczerze, to chyba nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy sami sobie odbierają życie. Wiadomo, jeśli odchodzi z tego świata jakaś osoba, którą znamy jest nam przykro. Ale jednak nie jestem w stanie tego pojąć. Niektórzy ludzie/dzieci nie mają takiego wyboru, umierają z powodu choroby czy nieszczęśliwego wypadku. Ale widocznie miało tak być.

Nobody said it is easy

Mój mózg zdecydowanie odmawia jakiejkolwiek współpracy. Nic a nic nie mogę zapamiętać z całej tej cholernej genetyki, a jutro o 7:25 dostanę do ręki test, który będę musiała rozwiązać i to na przyzwoitą ocenę. Czuję się, że jednym uchem mi wlatuje a drugim wylatuje. Chociaż to trochę niemożliwe skoro tylko patrzę się jak głupia na litery tworzące tekst a sama myślami jestem gdzieś daleko, daleko.
Jedyne co udało mi się dzisiaj powtórzyć to powłoki elektronowe z chemii, w końcu to zrozumiałam i mogę lecieć z materiałem sama, nie czekając na to co będzie działo się na zajęciach dodatkowych.
Muszę sobie zapełnić jakoś czas, no po prostu MUSZĘ! Inaczej będę biła się z myślami, z którymi bić się zamiaru nie mam.

Poniedziałek jak to poniedziałek nie mógł być przyjemny. Od tak, z samej definicji. Z samego rana spotkałam takiego przystojniaka w autobusie! Trochę poprawiło mi to humor, zwłaszcza że do napisania miałam dzisiaj 3 sprawdziany, a na żaden nie czułam się przygotowana w 100%. Jeśli w ogóle posiadałam wiedzę na marnego dopa to naprawdę było dobrze.
Na niemieckim powstrzymywałam się od zaśnięcia, zupełnie nie słuchając co mówi do mnie nauczycielka odliczałam minuty do dzwonka. Z wfu się zwolniłyśmy z nadzieją, że angielski i geografia wejdą nam do głów. Ale jak to zawsze w takich przypadkach bywa - więcej było rozmów i śmiechu niż treściwej nauki. Na matematyce unikałam wzroku nauczycielki jak ognia. Nie lubimy się z ciągami i chociaż robimy je już drugi raz dalej nie wiem co się z czym je a co się gdzie dodaje. Po matematyce był nieszczęsny angielski i na nim miałam zaliczać dwie rzeczy na raz. Ale z racji tego, że przekazanie władzy samorządowskiej się trochę przedłużyło to czasu starczyło tylko na jedną kartkówkę. Także słówka zaliczone - mam taką nadzieję! Znowu uniknęłyśmy historii i naprawdę wzięłyśmy się za naukę geografii. Co z tego, że kartkówka, która wyglądała jak sprawdzian była praktycznie z innych tematów. Napisałam wszystko, na pięć nie liczę ale całkiem przyzwoicie mi poszło!

Od powrotu do domu biję się z sobą i męczę aby zabrać się za biologię, ale zwyczajnie nie mam do tego siły i ochoty! Mam nadzieję, że moja ściąga jutro się przyda (i to mówi maturzystka z tego przedmiotu!) i da radę coś napisać. Zresztą nie takie rzeczy się już na biologii robiło, a moja zdolność zmyślania na różne tematy jest całkiem przyjemna!

A w sobotę kolejne spotkanie z okazji urodzin! Szkoda, że klasowo rozimprezowaliśmy się dopiero na sam koniec, ale jeszcze nic straconego! Moja kochana N. będzie miała niezapomniane 19te urodziny, my już o to zadbamy!

Szczerze to zastanawiam się czy nie położyć się już do łóżka i pod kołderką nie zacząć przyswajać na nowo tych samych wiadomości. Może tam będzie mi się lepiej uczyć i zapamiętam coś konkretnego.

poniedziałek, 22 października 2012

Gdzieś na szczycie góry wszyscy razem spotkamy się!

Zabieram się za napisanie tej notki chyba już 20 raz. Zdecydowanie nie mam do tego głowy, ani szczerze mówiąc - chęci.
Znowu gdzieś ulotniła się cała moja chęć do wszystkiego. I najważniejsze - motywacja też poszła sobie na jakiś dłuższy spacer. Zupełnie opuściło mnie jakieś poczucie obowiązku i realizacji założonych wcześniej planów.
Halo, koleżanko! Najwyższa pora się obudzić, inaczej będzie ciężko.

Cudem przeżyłam cały poprzedni tydzień, a już jutro zaczyna się nowy. W weekend ledwo co wypoczełam, głównie zajmowałam się sprzątaniem i robieniem milionów zadań z biologii, matmy i geografii. W sumie to w ogóle się zastanawiam czy cokolwiek z tego pamiętam. Ale cóż, życie!

Nie mam siły, aby od jutra znowu walczyć o oceny, o dotrwanie do wieczora i położenia się spać. Czuję, że popadam w jakąś jesienną depresję (dawno jej u mnie nie było, czemu by nie odświeżyć znajomości?!). Mimo, że weekend do dzisiejszego popołudnia był prześliczny, pogoda w końcu przypominała prawdziwą złotą polską jesień. Nawet to nie było w stanie poprawić mi humoru.

Nawet zapach świeczek i ulubiona muzyka nie przynoszą mi ukojenia. Zdecydowanie dzieje się ze mną źle, muszę jakoś nad tym zapanować.

Chyba najwyższa pora wziąć długą kąpiel, chwycić książkę i udać się do łóżka z kubkiem gorącej herbaty. Podobno to lek na wszystko. Mam nadzieję.

A dla S. [*]
kiedyś i tak wszyscy się spotkamy!

niedziela, 14 października 2012

Brak czasu nawet na myślenie!

Ostatni raz byłam tutaj we wtorek. Od tamtego dnia nie miałam czasu nawet na myślenie czy jakiś dłuży odpoczynek.

Okazało się, że w środę nie ma kartkówki z niemieckiego, więc dzień prawdopodobnie minął miło i sympatycznie. Niestety nie mam aż tak dobrej pamięci, jakby się mogło wydawać. Zapewne środowy wieczór spędziłam przygotowując się do sprawdzianu z niemieckiego, który miał się odbyć w czwartek.

Zawarta i gotowa zasiadłam w ławce, zaczęłam słuchać tekstu z tak zwanego 'słuchania ze zrozumieniem' po czym po 10 minutach dzwonek ogłaszający próbny alarm przeciwpożarowy! Nie mogliśmy uwierzyć, że spotkało nas to szczęście/nieszczęście - zwał jak zwał. W każdym razie sprawdzian odwołany i piszemy go w tym tygodniu.

Piątek byłby bardzo przyjemnym dniem od początku ale niestety dwa pierwsze polskie psują wszystkie statystyki. Znowu znajdywałam sobie twórcze zajęcia, a książka z opracowaniem to naprawdę zbawienna rzecz!
W sumie cały dzień nakręcałyśmy się na wieczorne świętowanie urodzin naszej koleżanki. Czyli teksty typu: 'co ubierasz?' 'co pijemy?' towarzyszyły nam przez cały dzień.

Wystrojona w kremową sukienkę udałam się najpierw na beforeparty, które były bardzo przyjemne i ogólnie udane. Następnie skierowaliśmy nasze kroki w stronę Sopotu, aby tam bawić się w klubie. Impreza tak nam się spodobała, że zostaliśmy aż do 3. O 3:40 wsiedliśmy w skmkę, która dowiozła nas do Gdańska. Stamtąd każdy udał się w swoją stronę. Dotarłam do domu o 4.30 i od razu poleciałam spać.

W sobotę wstałam o 10 aby szybko się ogarnąć i lecieć na autobus. Pojechałam z moimi dziewczynami do stajni. Ba, D. dała nam nawet pojeździć na swojej malutkiej, więc trochę udało mi się rozruszać mojego kaca. Pośmiałyśmy się razem, mnóstwo sobie poopowiadałyśmy i wróciłyśmy do domów.
Niestety resztę dnia przespałam, nie byłam w stanie nawet myśleć.

Dzisiaj udałam się z rodzicami na zakupy w poszukiwaniu butów i kurtki. Buty zakupiłam dokładnie takie jakie chciałam, ale kurtki nie znalazłam żadnej. Trudno, będę musiała szukać dalej, bo nie widzi mi się zamarzać na dworze.
Cała niedziela zleciała mi na matematyce (pozdrawiam maturę!) oraz na angielskim, którego swoją drogą dalej nie umiem. Będę pewnie liczyć jutro na szczęście.
Strasznie ubolewam, ponieważ nie udało mi się zajrzeć ani na minutę do biologii i chemii. Tragedia! Już od tygodnia nie zrobiłam nic w tym kierunku. Mam nadzieję, że w zbliżający się długi weekend uda mi się to wszystko ponadrabiać bo inaczej zginę marnie.

Jedyne o czym marzę to seeen, a jeszcze tyle przede mną!

wtorek, 9 października 2012

Kap, kap, kap - ciągle pada

Deszcz powoli staje się już nudny. No ileż można?!

Z racji tego, że mogłam sobie dzisiaj dłużej pospać, bo aż do 6:50 oczywiście spać nie mogłam. No bo po co się wyspać. Lepiej przewracać się z boku na bok, żeby o trzeciej zrezygnowana odwiedzić kuchnię i potem znowu kręcić się po łóżku. Ot tak, zabawa przednia!
Pominę tłok w autobusie i wredną starszą panią oraz trzy miliony innych osób które działały mi na nerwy.

Na matematyce znów bawiliśmy się w podstawówkę i stawianie podpisów przy pracy domowej.
Niemiecki mi się podobał, bo nie musiałam się odzywać, tylko zastosowałam stałą taktykę 'patrzę i udaję, że rozumiem' i to się sprawdza, serio!
Historia dostarczyła mi jak zwykle rozrywki, jedyny przedmiot gdzie zawsze się śmieje. Ale to chyba zasługa nauczycielki, która jest tak nierozgarnięta, że aż śmieszna.
Dwa polskie ciągnęły się w nieskończoność, ale dzięki temu miałam czas na sen, głębsze rozmyślania o życiu, udzielanie się artystycznie na końcu mojego i tak pustego zeszytu oraz ciągłe marudzenie mojej towarzyszce z ławki 'umrę tu' lub 'ja chcę do doooomu'. Po tych dwóch godzinach męczarni w podskokach udałyśmy się na autobusy ponieważ angielski nam odwołali (cud!).

W domu okazało się, że nie mam nic słodkiego i na samą wiadomość cukier spadł mi diametralnie. Do tego stopnia się tym przejęłam, że wylądowałam w łóżku. Miałam ochotę na co najmniej godzinny sen, ale jak poparzona wyleciałam spod kołderki gdy przypomniałam sobie o projekcie na geografie. Takim sposobem sen odłożyłam na później i zajęłam się słodkimi owieczkami na mój jakże 'ulubiony' zaraz po niemieckim przedmiot.

Później rodzicielka wyciągnęła mnie w ten największy deszcz na zakupy, ale oczywiście chęć zjedzenia czegoś słodkiego wygrała z rozsądnym siedzeniem w cieplusim pokoju. Poszwędałyśmy się po sklepie, wystałyśmy godziny w kolejce i wydałyśmy za dużo pieniędzy. Jak zwykle. W sumie dobrze, że poszłam z mamą, bo mogłam bez skrępowania gapić się na przystojnego kasjera, który zawsze się do mnie uśmiecha, o.

Swoją drogą na tych nudnych polskich przypominałam sobie każdego faceta z którym byłam, no ewentualnie nie byłam ale szalałam za nim jak głupia. Szkoda, że największą miłością jaką przeżyłam była platoniczna, bez żadnego ale to żadnego odwzajemnienia. Pierwszy facet, w którym zakochałam się po uszy, nie zwracał na mnie żadnej uwagi.. a później bał się zaangażować. Do teraz pamiętam te nieprzespane, przepłakane noce. Pamiętam jak się łudziłam, że może jednak, może zmieni zdanie. Gdy się okazało, że nic z tego nie będzie powoli stawałam się wrakiem. Ciągnęłam swoją nadzieję najdłużej jak się dało. Długo, ale to długo zbierałam się do kupy po tym wszystkim. Każdego faceta porównywałam do niego, wiadomo że blado przy nim wypadali.
A teraz to już się chyba wyleczyłam z jakichkolwiek uczuć. Do kogokolwiek. Nie wiem czy byłabym w stanie kogoś pokochać tak mocno jak jego. Chociaż.. nigdy nie mów nigdy, bo nie wiadomo co Cię spotka.
Chyba muszę znaleźć sobie ciekawsze zajęcie na polskich niż rozmyślanie nad sensem różnych rzeczy. Teraz mam mętlik w głowie. Świetnie!

Matematyczne odkrycia i studniówkowych problemów ciąg dalszy

Jak dobrze siedzieć w domu i mieć tą beztroską świadomość, że nie muszę przygotowywać na jutro się z żadnego przedmiotu. No oczywiście jeśli uznamy, że czytanie Ludzi Bezdomnych wcale nie jest moim obowiązkiem a streszczenie na jutro samo wejdzie mi do głowy. Tak, tak właśnie zróbmy. W takim razie błogo lenię się dalej. Ba! Mogę nawet patrzeć się ścianę przed sobą i czerpać z tego jakąś minimalną satysfakcję.
A jeśli jesteśmy już przy słowie minimum. Okazało się, że nie jest to uniwersalne słowo w każdym języku. Dziś, kiedy otrzymałam w swoje łapki rozprawkę, którą pisałam w zeszłym tygodniu (dostałam CZTERY, wielkie, czerwone CZTERY!!) najpierw zdziwiłam się, że cała zakreślona na czerwono kartka dalej kwalifikuje się pod taką dobrą ocenę. Następnie przejrzałam swoje błędy i takim sposobem dowiedziałam się, że minimum po niemiecku to nie minimum tylko jakieś śmieszne 'mindestens'. Tyle lat nauki, a ja tu nawet podstaw nie znam. Życie!

A jak już jesteśmy przy szkolę to pochwalę się, że ostatni sprawdzian z matematyki poszedł mi nadzwyczaj dobrze i do dziennika wpadła piękna czwóreczka. Okazało się, że jestem również bardzo aktywna (ku zdziwieniu pani profesor) i uzbierało mi się na piąteczkę z plusików.
Na tym akcencie można zakończyć wszystkie miłe szkolne sytuacje. Nie oszukujmy się - w końcu dzisiaj poniedziałek. Dlatego po wfie będę mieć ogromne zakwasy, a na geografii udawałam, że mnie nie ma.

Po lekcjach moja kochana D. zabrała mnie ze sobą do stajni. W końcu mogłam wycałować i wyprzytulać moje misiaki, które nabierają już zimowej sierści i zaczynają przypominać niedźwiedzie grizzly. W środę chyba znowu się wybiorę, w sobotę na 100% bo w końcu pierwszy raz od powrotu z obozu dosiądę końskiego grzbietu!

A studniówkowych problemów ciąg dalszy. Polonez dalej stoi pod znakiem zapytania. My chcemy swoje a inni swoje. I weź tu dogódź takiej ilości osób. Jednym słowem masakra, podziwiam, że komuś chce się za to zabierać. Chociaż w sumie.. żałuję, że to nie moja klasa. Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli chce się mieć coś dobrze zrobione to trzeba to zrobić samemu!
Do tego dochodzi problem z partnerem. Mój przyszły jest strasznie niezdecydowany do tego, czy mnie zapraszać czy nie. Chociaż trafił na twardą zawodniczkę, która usilnie wmawia mu, że ja jestem idealną partnerką dla niego, haha. Roszady prawie jak w podstawówce, ale może dzięki temu pójdziemy zgraną grupą i będziemy się świetnie bawić. Mam taką nadzieję, trzysta złoty za osobę zobowiązuje!
Dobra, jeśli uznamy, że sprawa z partnerem jakoś się załatwi to pozostaje jeszcze kwestia sukienki. Pomysłów mam miliony, projektów i zdjęć jeszcze więcej. Aż nie wiem na co się zdecydować. Z ramiączkami, czy bez? Z odkrytymi plecami czy może cała zabudowana? Z przodu krótsza z tyłu dłuższa, czy tylko jedna długość przed kolano? A może cała z koronki, czy tylko z elementami koronkowymi?
Moje dylematy zaczynają mnie śmieszyć, więc chyba najwyższa pora zakończyć ten temat. Kiedyś i tak do niego wrócę.

Jak to możliwe, żeby w laptopie popsuła mi się myszka? Nie ogarniam!

Najwyższa pora wskoczyć do ciepłej wanny i poleżeć sobie!

niedziela, 7 października 2012

Nowy początek

Początku są zawsze trudne. Ale najwyższa pora zacząć coś, osiąść gdzieś na stałe. Chyba potrzebuję takiego miejsca - znowu.

Październik na dobre zagościł już w naszych kalendarzach. Zresztą pogoda od trzech dni nieustannie nam o tym przypomina. Ciągły deszcz doprowadza mnie pomału do szaleństwa. Ogólnie to bardzo lubię taką pogodę - można posiedzieć sobie zawiniętej w koc z kubkiem gorącej herbaty, poczytać jakąś dobrą książkę ewentualnie obejrzeć jakiś film. Ale nie dziś, nie w ten weekend. Wszystko chyba polega na tym, że się nie wysypiam, że nie mam siły normalnie funkcjonować. Wstaję rano - jedyne o czym marzę to powrót pod ciepłą kołderkę, wracam ze szkoły - ląduję w łóżku. Aktualnie najchętniej całe życie bym przespała. Bo co niby bardziej ambitnego mam robić? Wychodzę z założenia, że matura sama się napisze, egzamin językowy sam się zda a ja nie muszę przykładać do tego najmniejszej wagi. 
Szkoda, że tak się nie stanie naprawdę. Nie mam już siły (a to dopiero październik!) walczyć z chemią (szkoda, że nie mam nawet jednej godziny w planie) i biologią. Do tego przecież w grudniu DSD i koniecznie muszę zabrać się za nadrabianie mojego 'ukochanego' niemieckiego. Bądź co bądź kiedyś go lubiłam... zanim poszłam do liceum, ot co. Muszę znaleźć jeszcze czas na przeczytanie Ludzi Bezdomnych (wcale nie mam tego zrobić na wtorek) i zrobić całą kartkę zadań z matmy. O i jeszcze matura z tego przedmiotu leży na drukarce i się do mnie uśmiecha. Potrzebuję lepszej organizacji czasu! Albo inaczej. Jakiegoś porządnego kopa energii, jakiejś zachęty abym miała siłę i chęci zabrać się za te stosy kartek, książek i zeszytów. 
Marzy mi się już maj, aby było po maturze. Żądam beztroskich dni, kiedy nie będę musiała się o nic martwić.

Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze studniówkowe dylematy i problemy (dlaczego niby nie mogę zatańczyć poloneza z osobą towarzyszącą?!). Do tego nurtujące mnie/nas pytanie 'zaprosi mnie czy nie?' Najlepiej by było jakby to wszystko szlag jasny trafił, wszystkie problemy rozwiązały by się same a ja miałabym to wszystko z głowy. Ale nie ma tak łatwo. Powoli zaczyna mnie to przerażać.

Zastanawiam się jak to wszystko będzie. Czy w końcu zdobędziesz się na odwagę i pokażesz, że zależy Tobie na mnie, czy dalej będziesz twierdził, że to nie to. Błagam zdecyduj się, bo ja nie wiem co robić. Uwielbiam jak się do mnie uśmiechasz, jak zagadasz, jak napiszesz na fejsie. Albo się zdecydujesz, albo daj spokój.

Chyba jednak najwyższa pora wrócić do tkanek i rozpuszczalności.