wtorek, 20 stycznia 2015

Odległości wielkie to samo powietrze

Zaczął się mój 'ulubiony' okres w roku, czyli wielkimi krokami zbliża się zimowa sesja. Z tego powodu wszystkim wykładowcą nagle przypomniało się, że 'o matko koniec semestru, napiszmy wszystkie zaliczenia w jednym tygodniu'. Bo przecież studenci nie mają życia poza uczelnią i mogą każdą wolną chwilę poświęcać na zaliczenie bezsensownych fakultetów, które nijak mają się do kierunku jaki studiujemy.

Takim sposobem w tym tygodniu na pięć dni zajęć przypada mi 6 zaliczeń. Na szczęście jedno już za mną, które skromie się chwaląc, udało mi się zaliczyć bez najmniejszego nakładu pracy. Od dwóch dni jęczałam, że muszę zabrać się za ogarnianie prezentacji czego skutkiem było to, że wczoraj po pracy padłam na łóżko i momentalnie zasnęłam a dzisiaj rano 3 razy przekładałam budzik. Koniec końców poszłam totalnie nieprzygotowana i proszę 11/15 punktów. Studia uczą mnie, że nie warto siedzieć w książkach, serio!

Na jutro muszę przygotować jeszcze prezentację/esej na odrobienie zajęć (też kpina, nie mogę nawet raz nie przyjść, uwaga, na wykład bo od razu muszę to odrabiać!), ponieważ miałam szkolenie w pracy, które jednak było ważniejsze niż 3h bezsensownego siedzenia i słuchania o psie i wnuczku babeczki, która prowadzi te zajęcia. Jeszcze nie wybrałam tematu, nie zdecydowałam w jakiej formie to opracuję, no ale przecież mam czas! Ja zawsze mam czas na takie rzeczy!

Całkiem pracowity będzie czwartek kiedy to czekają mnie dwa kolokwia zaliczeniowe do napisania. Ale nie oszukujmy się, liczę dalej na swoje szczęście i to, że pamiętam coś z tych wykładów (chociaż czytałam wtedy książki, ale kto wie, kto wie!).
Czas na naukę zabiera mi praca, bo akurat w tym tygodniu mam same popołudnia w pracy. Ale nie mam wyjścia, przetrwam ten tydzień, przetrwam następny tydzień w którym będzie sesja i w końcu będę miała ferie.

A na ferie biorę wolne w pracy, pakuję się i całe pięć dni spędzę z moim T.! Już tak bardzo nie mogę się doczekać, że nawet mam już bilet na pociąg. Na samą myśl się uśmiecham!
Tęsknie coraz bardziej za nim, marzę aby się do niego przytulić i nie musieć myśleć o żadnych studiach, żadnej pracy, o niczym. Po prostu z nim być i cieszyć się swoim towarzystwem. Ale jeszcze tylko trochę, 12 dni i będziemy razem!

wtorek, 6 stycznia 2015

You say I'm crazy...

Od paru dni uśmiech nie schodzi z mojej twarzy. Chociaż tęsknie tak strasznie, to wiem że jeśli tylko chwycę za telefon to będzie czekać na mnie sms od T., który od razu poprawia mi humor.

Kto by pomyślał, że mogę trafić na taką osobę! Teraz nawet odległość nie wydaje się taka straszna. Już się złapałam na tym, że teraz planuje miesiąc tak, aby wyrobić się z całą sesją i zaliczeniami do końca stycznia, aby już na początku lutego być znowu w Warszawie. Mam nadzieję, że się uda i że nawet matmę pokonam śpiewająco, bo w końcu mam dla kogo się starać!

Pierwszy raz spotkałam faceta, który co wieczór dzwoni tylko po to aby powiedzieć mi 'dobranoc'. Nawet nie liczy się dla niego pora, bo wczoraj (albo raczej już dzisiaj) dzwonił do mnie o 4, kiedy to kładłam się do łóżka tuż po tym jak wróciłam z firmowej imprezy.

Tak bardzo pragnę się do niego przytulić, że aż mnie roznosi. Do tego nazywa mnie swoim robaczkiem, rybeńką.. Cóż, to pewnie zboczenie, w końcu jest studentem wety. Ale jest to tak bardzo urocze, że nie przeszkadza mi jak mówi, że jestem malutka (odwieczne kompleksy na punkcie własnego wzrostu..).

Niech ten styczeń się już kończy, marzę o tym aby być w pociągu i jechać do niego!

niedziela, 4 stycznia 2015

Zniknie Warszawa, jak jawa, jak sen

Ostatnie 6 dni zapadło mi głęboko w pamięć. Cudownie jest móc spędzić wolne w towarzystwie moich kochanych dziewczyn.
Wspólny wypad do Warszawy dobrze nam zrobił. Mimo, iż K. zostawiła nas po trzech dniach i wracała do Gdańska to i tak bawiłyśmy się super.
Wspólne gotowanie, winko, pieczenie ciastek, spacery po stolicy i łyżwy pozwoliły nam się odprężyć i nabrać sił przed Sylwestrem. Sylwestrem, który był chyba najwspanialszy ze wszystkich, nawet z tym, że dla mnie impreza skończyła się przed północą.
Ale chyba dzięki temu poznałam najlepszego mężczyznę pod słońcem.

Mój ideał mieszka całe 350 km ode mnie. Jest przystojny, cudowny, opiekuńczy, inteligenty i bardzo wartościowy. A co jest dla mnie najważniejsze polubił mnie taką jaka jestem. Widział mnie w każdym możliwym stanie, od takiej zwykłej na co dzień, upiększonej na imprezie, skacowanej, płaczącej i śmiejącej się. Mimo wszystko dalej twierdzi, że mu się podobam. Opiekował się mną tak, jak nikt inny przedtem. Parzył mi herbaty, kiedy nie mogłam się podnieść z łóżka, pilnował, żebym cokolwiek zjadła i po prostu ze mną siedział, kiedy nie miałam siły powiedzieć ani słowa. Porwał mnie na pół dnia, żebym tylko nie musiała znosić towarzystwa osoby, za którą nie przepadam. I tak mocno się do mnie przytulał, kiedy musiałam już iść..

Spędziłam z nim trzy cudowne dni, pełne miłych słów, przytulania i uroczych pocałunków. Tęsknie za nim z całego serca i nie mogę wytrzymać jak nie odpisuje mi przez chwile. Obiecałam sobie, że się nie wkręcę, że przecież odległość i te sprawy. Ale tak się nie da, z godziny na godzinę brakuje mi go coraz bardziej. Przez krótką chwilę daliśmy sobie nawzajem tyle szczęścia, że aż mi wstyd.

To takie dziwne, że nagle spotykasz kogoś, kto sprawia że znowu się uśmiechasz a trzy dni później musisz wrócić do domu, tak daleko od niego..