Od poniedziałku mam urwanie głowy. Na początek tygodnia umówiłam się z moją D. na robienie trochę zmodyfikowanych cake pops. W sumie lizaki przybrały kształt bajaderek, bo nie w głowie nam było jeszcze bieganie za patyczkami.
Przez cztery poniedziałkowe godziny szalałyśmy w kuchni, najpierw krusząc ciasto i herbatniki (przy okazji odganiając brata D. od naszych pyszności!) a następnie mieszając to wszystko z nutellą i serkiem mascarpone, chłodzeniem tego na balkonie (taka alternatywna zamrażarka) oraz formowaniem kulek, maczaniem ich w czekoladzie i obtaczanie orzechami i wiórkami kokosowymi.
Wróciłam do domu po dwudziestej i stwierdziłam, że w tym miesiącu nie spojrzę już na czekoladę (taa, jasne - właśnie jem kolejną kostkę!). Przebrnęłam jeszcze przez zadania z matmy i napisałam esej na temat 'co dla Ciebie oznaczają słowa być sobą' i wylądowałam w łóżku. Zasnęłam w dwie minuty, a zaraz po tym zadzwonił budzik, że trzeba już wstawać.
We wtorek odpuściłam sobie sprawdzian z biologi (jestem zła i niedobra!) i pojechałam dopiero na drugą godzinę. Najgorsze zaczęło się dopiero na polskim, gdzie pisaliśmy wypracowanie maturalne. Do wyboru Granica lub Przedwiośnie. Tak wielkiej klasowej improwizacji nie widziałam nigdy. Nikt, z wyjątkiem rzędu pod oknem, nie miał pojęcia co napisać i tylko widać było rozglądające się co chwile głowy. Wyszłam przed czasem i tyle mnie widzieli.
Do tego dostaliśmy już studniówkowe zdjęcia, które są BEZNADZIEJNE. Nie wiem, jakim trzeba być fotografem, ale to co nam dali na płytkach to istna tragedia. Na szczęście nasza klasa jako jedyna ma normalne zdjęcia grupowe, które dostaliśmy wywołane. Reszta klas? Dziewczyny mają pozamykane oczy, ktoś macha ręką, kogoś w ogóle nie widać. Po co robił po 5 ujęć, skoro wybrał te najgorsze? Do tego zdjęcia z poloneza też w ogóle nie nadają się do publikacji. Nie dość, że rozmazane to na nich nie ma nawet 30% uczniów. A ustalane było, że każda para będzie mieć minimum jedno! A na folder ze zdjęciami z parkietu też nie ma co patrzeć. Fotograf całą imprezę był w jednym rogu czego efektem jest, że jedna klasa ma zdjęć trzysta a moja, która miała stoliki z drugiej strony raptem 10. Jestem strasznie zawiedziona tym wszystkim, mam chociaż nadzieję, że film będzie lepszy!
Po lekcjach udałam się do mojej D. i zajęłyśmy się pakowaniem prezentów, potem przeglądanie tych nieszczęsnych zdjęć i na sam koniec okazało się, że jesteśmy już spóźnione do K. na urodziny. Szybko się zebrałyśmy i byłyśmy po czasie tylko 15 minut. Dałyśmy jej prezent i z uwagą obserwowałyśmy jak postępuje zgodnie z instrukcją.
Miałyśmy wrócić w miarę wcześnie, jednak wszystko się przeciągnęło i w do domu zajechałam chwile przed północą. Szybko zmyłam makijaż i wylądowałam w łóżku.
Dzisiaj nie miałam większych problemów ze wstaniem. Dopiero w szkole złapał mnie tak zwany zamuł i jedyne o czym marzyłam to sen. Swoją drogą dzień był monotonny i obudziłam się dopiero na turnieju w siatkówkę. Ile się naśmiałam z J. to nasze. I mimo, że odpadliśmy stosunkowo szybko to bardzo mi się podobało i ostatni mecz graliśmy na takim luzie, że aż przyjemnie było przegrać. To śmieszne, że dopiero teraz integrujemy się z równoległymi klasami. Ale taka przypadłość klas bilingualnych. Nigdy nie wiadomo do którego rocznika ich podpiąć.
A jutro czekają nas zdjęcia do tablo. Dostaniemy aż 12 sztuk odbitek legitymacyjnych. Ale to dobrze, bo będę miała na rekrutację na studia i w końcu wymienię sobie kartę miejską, bo już nie mogę patrzeć na moje zdjęcie z podstawówki.
A teraz do wanny i najprawdopodobniej do łóżka - jestem wykończona! Ale na szczęście już za dwa dni ferie - które spędzę w towarzystwie chemii. Ale zawsze to trochę wolnego!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz